Fedora czy Ubuntu? 20 komentarzy
Napisano dnia 19 sierpnia 2008, 19:01:49 w Ogólne
Oto jest pytanie.
W konkursie biorą udział:
- Fedora 8 - bo się przyzwyczaiłam i nie mam jej nic do zarzucenia
- Fedora 9 - bo naturalną koleją rzeczy po 8 powinna przyjść 9
- Ubuntu 8.04 - bo jeszcze nigdy nie używałam, a może warto urozmaicić sobie życie ;)
Innych dystrybucji na razie nie biorę pod uwagę bo mi się nie chce ściągać, może przy okazji następnego nowego dysku.
Ostatnie osiem miesięcy spędziłam z Fedorą 8 i muszę przyznać, że byłam miło zaskoczona po dłuższym czasie męczenia się z Auroxem. Przycisk reset przestał się przydawać i zdążyłam już zapomnieć w którym miejscu obudowy się znajduje. Jedyne co na początku mnie zdenerwowało to "niby-obsługiwanie" Ralinka 2400. Dla zmylenia użytkownika wykrywał kartę, ale nic więcej. W końcu po ciężkich bojach zainstalowałam ndiswrappera i poszło bez problemu. Więcej wad nie zauważyłam.
Ubuntu, dla odmiany, widziałam tylko raz, więc jedyna refleksja jaka zdążyła mi przyjść do głowy przez te pięć sekund to: "O, jaki ładny pomarańczowy" ;) Pozytywne wrażenie, ale kartą przetargową raczej nie zostanie. Po prostu, mimo wrodzonej nieufności, mam nieśmiałą ochotę przekonać się dlaczego tylu znajomych zachwala tę dystrybucję. Ciągle nie wiem czy przewyższa ona w czymś Fedorę. Hmm, ciężka sprawa :>
Ale jutro to już na pewno... 2 komentarze
Napisano dnia 17 sierpnia 2008, 15:44:13 w Ogólne
Wszystkie poradniki z serii "Zwiększ swoją motywację i efektywność" powinny składać się z sześciu słów : "Odłóż to i do roboty! Natychmiast!".
Niesamowite, ile czasu może pochłonąć planowanie skutecznego zarządzania nim. I jaką radość sprawia opracowanie głównych założeń oraz twarde postanowienie ich realizowania. Wszystko jest piękne i proste, jedyny problem który przychodzi do głowy to znalezienie miejsca do przechowywania tej góry pieniędzy, która już za chwilę zacznie gromadzić się w przedpokoju. Po takim intelektualnym wysiłku pozostaje uciąć sobie w pełni zasłużoną drzemkę, a potem zacząć wykonywać plan. Godzinka snu, może dwie. Samozadowolenie z postanowienia działania jest zbyt duże, żeby mogła je zepsuć nawet dłuższa chwila zbierania energii, więc można sobie pozwolić na parę dni ładowania akumulatorów - lepiej zacząć od pierwszego. A może od pierwszego stycznia?
Odkładaniu rzeczy na później chyba najbardziej sprzyja podejście perfekcjonisty: "Dzisiaj jest zły dzień na zrobienie tego, ciśnienie nie takie i coś mi strzyka w krzyżu - nie wyjdzie mi to wystarczająco idealnie. Jutro będzie lepiej, posiedzę dłużej i przynajmniej zrobię to porządnie". W końcu wychodzi na to, że "mityczne jutro" musiałoby się rozciągnąć do trzystu godzin. Pięćdziesięciogodzinna harówka nie może przynieść satysfakcjonujących rezultatów, dlatego pojawia się usprawiedliwienie: "Gdybym tylko zaczął odrobinę wcześniej byłoby rewelacyjnie idealnie. I tak jest świetnie jak na te warunki". Strach sprawdzić czy rzeczywiście byłoby tak pięknie po poświęceniu zadaniu trzystu godzin, prawda? A co, jeśli nie? Jeśli efekt byłby niewiele lepszy? Lepiej być przezornym i się nie dowiadywać.
To takie bezsensowne - planować dwa kroki na jutro, zamiast zrobić w danym momencie 3/4 kroku, które wydaje się marne i niewarte podnoszenia nogi. Taki człowiek zamiast spacerować rok, wąchając kwiatki, zasuwa przez tydzień do utraty przytomności, miesiąc leży na ziemi i dochodzi do siebie, następny miesiąc przestępuje z nogi na nogę szykując się do startu, znowu biegnie przez tydzień, pada i tak pięć razy. Spacerek jest zdrowszy, przyjemniejszy i zmniejsza szanse na zawał serca w okolicy mety.
Jak to prosto wygląda w teorii :D
Burza 3 komentarze
Napisano dnia 16 sierpnia 2008, 10:26:04 w Ogólne
W dzieciństwie lubiłam burzę i śmiałam się z ludzi, którzy wpadali w panikę przy pierwszych nieśmiałych błyskach na niebie. Deszcz i fajerwerki - czego tu się bać? Parę lat temu przekonałam się, że taki "fajerwerk" po trafieniu w antenę może popsuć kawałek sufitu, przyprawiając niemal o zawał leżącego pod nim psa, wystrzelić gniazdka ze ścian na parę metrów i oczywiście zmusić do wymiany połowy sprzętu w domu. Natomiast odpowiednio silny wiatr powoduje wyjątkowo niestabilne zachowanie dachu. Skończyło się moje bezstresowe podejście do burz.
Ostatnie 24 godziny to jakaś paranoja i pomyłka natury - przecież burze trwają najwyżej kilka godzin, a nie ponad dobę prawie bez przerwy. Pół nocy biegałam od łóżka do okna, otwierając je kiedy pokój zaczynał przypominać saunę i zamykając po niepokojących trzaskach w zawiasach. Raz nawet, obudzona błyskami i dziwnym dzwoniąco-świczącym odgłosem, w ułamku sekundy między otwarciem oczu a powrotem świadomości, zdążyłam pomyśleć, że Rosjanie atakują ;D Nie sądziłam, że moja zmęczona wiadomościami na onecie podświadomość tworzy takie teorie ;) Ale swoją drogą ciekawe co to był za dźwięk - przypominał zepsuty alarm samochodu szybko przemieszczającego się w powietrzu.
Potem paranoiczne wyobrażenie odlatującego dachu zmusiło mnie do opuszczenia mojego pokoju i snu w salonie na parterze. Rano po przejażdżce do sklepu i obejrzeniu okolicy okazało się, że wyobrażenie to było dużo mniej paranoiczne niż powinno. Parę zerwanych dachów i poprzewracane drzewa - i jak tu nie mieć burzofobii?
Filmowo 4 komentarze
Napisano dnia 09 sierpnia 2008, 11:30:46 w Obejrzane, Ogólne
Intensywnie nadrabiam zaległości filmowe z ostatnich miesięcy. Nawet nie sądziłam, że nagromadziło mi się aż tyle tytułów, z których większości wcale nie kojarzę. Tak bywa kiedy nie ma się czasu oglądać, a przychodzące filmy ustawiają się w kolejce LIFO - chęć obejrzenia i pamięć o tych wcześniejszych giną bardzo szybko. Ale skoro mam wakacje, w szafce zapasy zielonej herbaty i do tego _własnoręcznie_ naprawione słuchawki (przeżyłam współpracę z rozklekotaną 30-letnią lutownicą!) stwierdziłam, że czas na parę maratonów.
Główne założenie - żadnych uprzedzeń - co z tego, że nie lubię komedii, tych romantycznych w szczególności, nowych hollywoodzkich audio-wizualnych umilaczy jedzenia popcornu, romansów, kina familijnego... itd., itd. Czas sprawdzić czy na prawdę ich nie lubię, czy wnioskuję, że nie lubię na podstawie tego, że ich nie oglądam (bo wydaje mi się, że nie lubię ;) )
Na pierwszy ogień poszedł "Dziennik Bridget Jones"
Dlaczego mimo wielkiego szumu wokół książki i filmu, kilka lat temu, nie udało mi się wyłowić informacji, że to współczesna wersja "Dumy i uprzedzenia"? Nie żeby miało to dla mnie wielkie znaczenie, bo nie pałam szczególną miłością do wyżej wymienionej książki. Przeczytałam ją trzy lata temu i stwierdziłam, że wbrew pozorom jest całkiem sympatyczna (Również w ramach walki z uprzedzeniami. I nie, moje życie wcale nie jest ciągłą, ciężką i wyczerpującą walką z uprzedzeniami, jak można pochopnie wywnioskować z tego co tutaj piszę ;) ) W każdym razie lubię wyłapywać takie podobieństwa, zawsze to jakieś zajęcie, mogące odwrócić uwagę od eufemistycznie ujmując, niezbyt inteligentnych problemów Bridget.
O fabule nie będę się rozpisywać, bo nie ma o czym - Tykanie zegara biologicznego zmusza główną bohaterkę do zintensyfikowania wysiłków w celu znalezienia partnera. Wysila się tak i wysila, aż do (czy powinnam zrobić spoiler space? niee, raczej nie ;)) romantycznego happy-endu. (A to wywołuje szczery entuzjazm grupy docelowej filmu, która z huralnym okrzykiem "skoro jej się udało to my też możemy być szczęśliwe!" biegnie po DVD ;) ) Mimo wszystko moje ogólne wrażenie było całkiem pozytywne. Nie męczyłam się podczas oglądania i wcale nie kusił mnie przycisk "fast forward", a to już wiele. Parę zabawnych sytuacji i absolutna colinofirthowatosc Colina Firtha zapewniają "Dziennikowi..." miejsce w szufladce z napisem "może być".
Powróciła złota zasada - nie wymagaj zbyt wiele, a nie rozczarujesz się. Wystarczy wyłączyć głosik mówiący "heej, ludzie się tak nie zachowują" i przymrużyć oko (nie za mocno, bo tak zostanie ;) ) żeby spędzić całkiem pozytywne sto minut przed telewizorem.
Pratchett - podejście trzecie 19 komentarzy
Napisano dnia 03 sierpnia 2008, 23:02:05 w (Prze)czytane, Ogólne
Moje pierwsze podejście do twórczości Pratchetta miało miejsce kilka lat temu, kiedy po natknięciu się na parę fragmentów jego książek w kursie angielskiego, stwierdziłam, że "to jest to". Zanotowałam w pamięci nazwisko i postanowiłam przy najbliższej okazji zapoznać się bliżej ze Światem Dysku. Okazja nie pojawiła się prędko, bo sprawa wymagała poświęceń - wybrania się do biblioteki (dowiedzieć się, że i tak wszystko jest wypożyczone) albo skręcenia w drodze na przystanek do księgarni, _zanim_ resztki pieniędzy znikną w tajemniczych okolicznościach. Zbierałam się i zbierałam, walcząc z przeciwnościami, aż w końcu po paru miesiącach udało mi się kupić Morta.
W międzyczasie nasłuchałam się pozytywnych opinii, naczytałam tylu cytatów, wklejanych w stopki maili, że lubiłam Pratchetta jeszcze przed przeczytaniem pierwszej książki. I chyba właśnie to miało zgubny wpływ na mój stosunek do niego, bo im wyższe oczekiwania, tym większe prawdopodobieństwo zawodu.
Zawód nie był duży, raczej nazwałabym to mieszanymi uczuciami, ale wystarczyło, żeby nie zbliżać się do jego książek przez następne dwa lata. Potem przypadkiem wpadł mi w ręce Kosiarz, więc z powodu braku innych zajęć mogących odciągnąć mnie od nauki zabrałam się za lekturę. (Zgodnie z zasadą nr. 1: "Popełniaj każdy błąd przynajmniej trzy razy - należy upewnić się, że efekt był regułą, a nie wyjątkiem" ;) ). Wrażenia były identyczne.
Obie książki nawet mi się podobały, co chwilę trafiałam na zdania proszące się o wycięcie i przyklejenie na ścianie. Po prostu doskonały zbiór fragmentów. I nic więcej. Jako całość pozostały one dla mnie tym samym - zbiorami świetnych fragmentów, a to pozostawia pewien niedosyt. Osobiście lubię kiedy powieść wciąga mnie do swojego świata, a bohaterowie wydają się żywi i sprawiają, że w jakiś sposób "angażuję" się w ich losy. Tutaj natomiast miałam wrażenie że postacie są złem koniecznym do zaprezentowania dialogów i paru pomysłów. Podobnie z fabułą - historie sama w sobie nie były zbyt ciekawe i nikt chyba nie przebrnąłby przez nie z samej tylko ciekawości "co wydarzy się dalej" (Jeśli można rozpatrywać taki rozbiór utworu na czynniki pierwsze).
Podsumowując: podczas lektury nie przeniosłam się do świata dysku, tylko na widownię kabaretu gdzie facet chodzi po scenie i opowiada zabawne historyjki robiąc przerwy na śmiech i oklaski. W dodatku z miną mówiącą: "To było dobre, co nie?" No było, było, ma to swój urok, przecież lubię kabarety, niestety coś mi w takim układzie zgrzyta.
Ale jak można wywnioskować z tytułu wpisu (oraz mojej zasady życiowej nr. 1 - patrz akapit 3) nie zniechęciłam się i dzisiaj zabrałam się za "Straż, Straż!". Bez większych oczekiwań, ot tak sobie, wzięłam książkę do ręki i z nudów zaczęłam przeglądać. Wprawdzie pierwsze kilkanaście stron prawie skłoniło mnie do wyboru alternatywnej rozrywki - drzemki, ale na szczęście nie poddałam się zbyt szybko. Cieszę się, bo teraz, po przeczytaniu kilkudziesięciu stron, wcale nie mam ochoty przestawać. Podejście "łee, to chyba nie będzie ciekawe, ale spróbuję" jak zwykle okazało się najlepsze. Z tego prosty wniosek, że pesymistów wiecznie oczekujących najgorszego najłatwiej można rozpoznać po szerokim uśmiechu - w końcu na każdym kroku spotykają ich przyjemne niespodzianki. Dlatego podczas czytania Straży postaram się ograniczyć entuzjazm, żeby nie podnieść zbyt wysoko poprzeczki dla następnej części cyklu ;)
« Wcześniejsze wpisy